- Pa babciu - pożegnałam się z starszą kobietą, niższą ode mnie prawie o głowę. Mój odjazd wyglądał prawie tak jak co roku. Żegnałam się z babcią, po czym wjeżdżałam w ścianę. Tak. Dobrze przeczytaliście. W ścianę. W ten sposób przeniosę się na magiczny peron 9 3/4.
- Idź już, bo się spóźnisz - poganiała mnie z uśmiechem. Kiwnęłam jeszcze głową młodszemu rodzeństwu i zaczęłam biec w stronę ściany, między peronami 9 a 10. Zamknęłam oczy. Kiedy je otworzyłam, byłam w innym miejscu. Na szynach stała stara lokomotywa, z której buchały kłęby białego dymu. Tak zaczynał się mój piąty rok w Hogwarcie. Wszędzie było pełno ludzi. Ponad tłumem próbowałam znaleźć moich przyjaciół. Gdzieś błysnęła mi ruda czupryna Simona. Szybko powkładałam swoje bagaże, zabierając ze sobą jedynie klatkę z Flami oraz różdżkę. Wsiadłam do pociągu, szukając tego samego przedziału co zwykle. W końcu znalazłam go a w nim Lucy. Poznałyśmy się dwa lata temu. Jest ode mnie o rok młodsza.
- Hej - przywitałam się z przyjaciółką.
- Hej ! - krzyknęła, przytulając mnie mocno. Sówka zaczęła wydzierać się na pół wagonu.
- Nasz kiciuś przyszedł - powiedział ktoś za mną. Odwróciłam się i zobaczyłam znajomą twarz Marcusa, która nie zmieniła się ani trochę. Był ode mnie o rok starszy.
- Spadaj, albo wyślę na ciebie Flami - podniosłam klatkę z napuszoną ze złości płomykówka.
- Tylko mnie nie zabij - zaśmiał się, przeciskając się koło mnie. Zajął miejsce tuż przy drzwiach.
- Gdzie Simon ? - spytałam zdziwiona.
- Pewnie pomaga siostrze - odpowiedziała Lucy, przytrzymując swojego szczura.
- Czyli jednak ? - uśmiechnęłam się, zajmując miejsce przy oknie. Oparłam czoło o zimną szybę. To już piąty rok. Jak ten czas szybko mija. Nadal pamiętam, jak przyszłam tu po raz pierwszy, kompletnie sama. Kilka dni wcześniej przyszedł do mnie list. Nie mogłam uwierzyć, w to, co czytałam. Nadal gdzieś go mam. W końcu do przedziału wpadł jak zwykle rozradowany Simon.
- Cześć wszystkim - przywitał się,. siadając koło mnie - Jak minęły wakacje ?
- Następne pytanie - mruknęłam. Pociąg ruszył ze stacji. Zatroskani rodzice machali do swoich pociech. Tak zaczynał się kolejny mój rok nauki.
- Aż tak źle ? - spytała się Lucy, głaszcząc tą futrzastą bestię na rękach.
- Raczej denerwująco - odpowiedziałam - Przez całe dwa miesiące musiałam słuchać wyzwisk innych dzieciaków. - wzdrygnęłam się na to wspomnienie - Ale teraz już jestem tutaj.
- Okej - odpowiedział Marcus, rozsiadając się wygodniej. W trójkę zaczęli ze sobą rozmawiać. Zamknęłam oczy, wsłuchując się w miarowy terkot kół.
- Coś z wózka, kochaneczki ? - spytała kobieta, otwierając drzwi do przedziału.
- Nie dziękujemy - odpowiedział za nas wszystkich Marcus. Kobieta poszła dalej.
- Przejdę się trochę - westchnęłam. Jednak, kiedy otworzyłam drzwi, wysypał się na mnie jakiś proszek. Zaczęłam kichać jak opętana. Usłyszałam czyjś śmiech na korytarzu. Nie zwracając uwagi na łzawiące oczy, pobiegłam w ich stronę. Z rozmachem otworzyłam drzwi przedziału, do którego weszli.
- Kto to zrobił ?! - zawołałam, mierząc każdego z nich groźnym wzrokiem. Sami Puchoni. Przetarłam twarz chusteczką higieniczną. Siedzieli to prawie sami pierwszoroczniacy. Patrzyli na mnie z strachem - Słucham ?!
- Cat. Spokojnie - to był Simon - To tylko głupi żart. - Delikatnie wziął mnie z rękę i wyprowadził na korytarz.
- Dzięki - kichnęłam ponownie.
- Chodź - uśmiechnął się - Czeka nas długa droga - powiedział, ciągnąc mnie w stronę naszego przedziału.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz