Obudziłam się wcześnie rano. Nadal myślałam o meczu. Byłam zdenerwowana, ale też podekscytowana, jak przy każdym pierwszym meczu w roku. Przebrałam się i poszłam na śniadanie. Zjadłam w pośpiechu, po czym przetrwałam lekcje. Po ostatniej lekcji wpadłam na Bena.
-Nareszcie.-mruknęłam i razem poszliśmy do szatni. Przebraliśmy się w zielono-srebrne stroje i wznieśliśmy się w powietrze na miotłach.
-Zaczynamy!-powiedziała spikerka, po czym zaczęliśmy grać. Wzleciałam w górę. Zawsze tak robiłam, o miałam stąd dobry widok na przebieg gry, a w razie potrzeby mogłam szybko zapikować przed obręcze, które miałam za zadanie bronić. Poza tym, tłuczek nigdy nie wlatywał na tą wysokość, więc nie było zbytniego problemu z obrażeniami. Nagle kafla przejęli Gryfoni, i powoli zaczęli się zbliżać do obręczy. Zapikowałam, w ostatniej chwili odbijając "piłkę" ręką. Ponownie wzleciałam do góry. Kilka razy powtórzyłam wszystkie czynności. Nagle poczułam przeszywający ból w nodze. Potem w ręce. Ze zdziwienia nie mogłam się już utrzymać na miotle i spadłam. Nie byłam pewna, co się stało. Cofam wszystko co powiedziałam o tym cholernym tłuczku. Czekałam aż boleśnie spadnę na ziemię, ale nic takiego się nie stało. Poczułam tylko, że ktoś delikatnie sadza mnie na miotle. Byłam pewna, że to ktoś ze Ślizgonów. Chciałam zacząć na niego krzyczeć, że niepotrzebnie osłabia drużynę, ale nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Otworzyłam oczy, żeby chociaż na niego spojrzeć, ale zamiast spodziewanego zielono-srebrnego, zauważyłam kawałek czerwono-złotego materiału. Zdziwienie odebrało mi resztki świadomości.
***
Obudziłam się w szpitalnym łóżku. Usłyszałam bolesny jęk. Po pewnym czasie zorientowałam się że to mój głos. Zamrugałam oczami. Zobaczyłam nad sobą twarz Bena.
-Wszystko w porządku?-zapytał.
-Chyba tak. Tylko boli mnie trochę ręka.-powiedziałam.-Co się stało?
-Pamiętasz tego chłopaka, który się na ciebie patrzył?-skinęłam głową.-Właśnie uratował ci życie.
-Eee...-nie byłam w stanie wydusić więcej.
<Ben?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz